We wtorek 24 czerwca odwiedził nas pan Ryszard Spławski, syn długoletniego dyrektora „Romeo” Stefana Spławskiego. Dzięki temu historia „Romeo” znowu się rozrosła, za co serdecznie dziękujemy.
Okazuje się, że nazwa „Romeo” została wybrana spośród propozycji zgłoszonych przez samych pracowników, a konkurs ogłosił właśnie S. Spławski, zaraz po objęciu stanowiska w 1959 roku. Może jest jeszcze ktoś kto pamięta kto zgłosił taką propozycję, bo ponoć ów pracownik otrzymał za to nagrodę.
Stefan Spławski urodził się 4.09.1923 roku, a zmarł 27.09.1997 roku. Pochodził z powiatu kolskiego. W 1949 roku wraz z rodzinę przeprowadził się do Opalenicy, gdzie zarządzał miejscową cukrownią, a w 1951 roku został wiceprzewodniczącym Rady Powiatowej w Nowym Tomyślu. W 1959 roku objął stanowisko dyrektora ZPO „Romeo”, które sprawował do 1990 roku. Był pierwszym dyrektorem z tytułem magistra. Aż do śmierci mieszkał w Nowym Tomyślu. – Do pracy w Zbąszyniu ojciec dojeżdżał pociągiem – wspomina pan Ryszard. – Dopiero w 1972 roku kupił sobie wartburga. Nie zarabiał wcale dużo. O ile pamiętam było to 2.800 zł. Zdarzało się, że kierowca dostawał wtedy więcej. W takich sytuacjach księgowy pytał ojca czy wypłacić, bo to przecież więcej niż jego pensja, na co ojciec zawsze się zgadzał. Ojciec odszedł z pracy na własną prośbę, by opiekować się mamą. Mówił, że gdyby mógł zostać, nie doprowadziłby do takich przekształceń. Może wówczas nie trzeba byłoby likwidować zakładu.
– Dzięki stanowisku zwiedził wiele miejsc na świecie – dodaje pan Ryszard. – Systematycznie bywał w Niemczech i w Holandii, latał też do Stanów Zjednoczonych. Miał nawet organizować zakład na Haiti. Obiecano mu wówczas, że gdy tak się stanie ja, jako jedyny pozostający z rodziny w kraju, będę otrzymywał dyrektorską pensję. Dla mnie, jako studenta, była to intratna propozycja. Plany się jednak zmieniły i do powstania zakładu na Haiti jednak nie doszło.
– Z pracą ojca wiąże się wiele humorystycznych sytuacji, charakterystycznych dla czasów, w których pracował. Kiedyś pojechał do Brukseli na obrady Międzynarodowej Organizacji Pracy. Za każdy dzień miał dostawać 160 dolarów delegacji, ale już od początku zaznaczono, że od kwoty tej będzie odciągane 120 dolarów. Na dzień dostawało mu więc 40 dolarów na opłacenie hotelu i wyżywienie. Jako że ceny na Zachodzie były wtedy wysokie on, podobnie jak inni przedstawiciele naszego kraju, zabrali suchy prowiant, by trochę zaoszczędzić. Na obradach zaznaczano, że 160 zł to stanowczo za niska stawka i w przyszłości trzeba ją podnieść…Jakież było zaskoczenie ojca, gdy zadzwoniono do niego z centrali i spytano jak wraca i powiedziano, że dostanie dodatkowo 160 dolarów, z których nic nie zostanie odjęte. Wrócił wtedy z podróży z dużymi zakupami – śmieje się pan Ryszard. – Oczywiście ojca próbowano też zdjąć z stanowiska. Pewnego razu zadzwonił do niego pierwszy sekretarz PZPR, że już za długo jest tym dyrektorem i trzeba go zmienić. Ojciec zadzwonił do swojego przełożonego w Łodzi. Ten z kolei skontaktował się z sekretarzem i powiedział: „Jak to dobrze, że zwalniacie tak dobrego dyrektora, bo nareszcie będziemy mieli kim obsadzić nasz zakład pod Łodzią”. Po chwili sekretarz powiedział ojcu, że jednak go zostawia. Była też sytuacja, że ojciec został skrytykowany za zakup agregatu prądotwórczego, a gdy zaczęły się częste wyłączenia prądu, dostał nagrodę za to, że „Romeo” pracowało bez zakłóceń.
Takie sytuacje powodowały, że Stefan Spławski doradził synowi, by wybrał zawód, który nie będzie zależny od decyzji władz politycznych. Pan Ryszard poszedł na medycynę. Przez wiele lat pracował w Lubuskim Oddziale Chirurgii Plastycznej i Oparzeń, przez 24 lata był jego ordynatorem, a obecnie, już jako emeryt, jest jego konsultantem. Ma także brata, który jest ekonomistą oraz siostrę, która ukończyła polonistykę. Jeden z wnuków ma na imię Stefan.
To tylko część wspomnień, które zdążyliśmy zanotować podczas krótkiej wizyty, w czasie której pan Ryszard zwiedził naszą wystawę i przekazał pamiątki po swoim ojcu. Już umówiliśmy się na dłuższą rozmowę. 